czwartek, 1 czerwca 2017

"Mroki", "Pomroki" - Jarosław Borszewicz






Kochani, dziś jest bardzo ważny dzień. Wiem, że dla większości z Nas to Dzień Dziecka, jednak od zeszłego roku, ten dzień jest również dniem bardzo smutnym dla mojego czytelniczego serca… 1 czerwca 2016 roku odszedł Jarosław Borszewicz.

- Wiesz, co mi przypomina moje życie?
- No?
- Kostkę lodu rzuconą na rozpaloną blachę pieca; topnieje na moich oczach, a ja nic nie mogę zrobić.

Zdaje sobie sprawę, że dla wielu z Was to nazwisko może mówić niewiele. I dla mnie kiedyś było zupełnie obce. Na szczęście mam tak wspaniałych przyjaciół, którzy mają nieoceniony gust literacki, są wrażliwi i znają mnie bardzo dobrze. Tak właśnie dzięki mojemu przyjacielowi Wojtkowi do moich rąk trafiły Mroki (Wojtku dozgonna wdzięczność!)

Otwieram wówczas zaciekawiona prezentem urodzinowym. Czytam pierwszą stronę i moje serce uleciało gdzieś w najpiękniejszą dolinę szczęścia, wzruszenia, zachwytu.



    Dobrze, że jesteś,
    bo wczoraj znowu bolało mnie serce,
    a ciągle nie mam pomysłu na życie.

    Musisz mi pomóc,
    bo od szesnastu dni pada deszcz
    i życie powoli zaczyna mi się rozmywać.

    Miałem iść do dentysty,
    ale przybłąkał mi się wiersz o tobie,
    no i nie mam go z kim zostawić w domu.

    Dobrze, że jesteś,
    bo w zeszłym tygodniu "U Fukiera"
    śmierć znowu pytała o mnie szatniarza.

    Dzwoniłem dzisiaj do ciebie,
    ale słuchawka ugryzła mnie w rękę
    i pewnie ta rana tak szybko się nie zagoi.

    Musisz mi pomóc,
    bo jestem zmęczony jak Bóg,
    który harował przez tydzień -
    i nie stworzył świata...

Kochani zakochałam się w słowach tego człowieka od pierwszych chwil. Urzekł mnie, nie mogłam odłożyć tej książki ani na moment. Dzieliłam się nią z każdym, z kim tylko mogłam. Dla mnie to było odkrycie na miarę Stachury. Niezwykły balsam na serce, rozważania o śmierci w różny sposób, w różnych sytuacjach.
Musicie mi wybaczyć ale napisanie recenzji Mroków oraz Pomroków mnie przerasta. Żadne słowa nie będą w stanie oddać tego, co zawiera ta książka, co opisuje, jak bardzo ważna jest w moim życiu. Jest to dla mnie emocjonalne apogeum. Pewnego rodzaju katharsis.



Struktura książki jest  tak nieszablonowa, że samo to skłania do jej poznania.
Głównym bohaterem utworu jest Duet Zezowaty. Tak właśnie autor nazwał naszego bohatera. Co więcej Duet jest dorożkarzem, dzięki czemu poznaje wiele ciekawych ludzkich historii.
Ale to co się dzieje w głowie naszego bohatera to dopiero prawdziwe szaleństwo! Szczyt melancholijnej góry, smutku, rozmyślań o śmierci.

Mroki, z pewnością nie są książką, którą wystarczy przeczytać raz. Pierwszy raz jest tym, dla zachwytu, drugi i każdy kolejny to próba zrozumienia.

Naprawdę brak mi słów…
Może pozwolę, żeby książka powiedziała sama za siebie?
Mam nadzieję, że wstawione tu cytaty zachęcą kogoś do sięgnięcia po Mroki i Pomroki.

Moje serce
coraz częściej przypomina mi
zdrętwiałą rękę.
Niby jest.
Zdrowe i całe.
A jednak nie potrafię wykonać nim
najprostszego gestu.

Obiecałem swojej głowie, że nie wpuszczę do niej myśli, których ona nie chce. I nie dotrzymałem słowa.

Posłuchaj, Nieobecna...
Złapałem się na tym, że nie ma takiej godziny - co tam godziny, minuty takiej nie ma, żebym o tobie nie pomyślał. A co myślę? W jednej minucie, że cię kocham, w drugiej, że nienawidzę. Kolejność przypadkowa. W jednej, że bez ciebie ani kroczka, w drugiej, że przy tobie stoję w miejscu albo nawet, że się cofam. W jednej, że ogień, w drugiej, że woda... I tak bez przerwy. I od tego myślenia już mi się wszystkie sprawy - wszystkie razem i każda z osobna - potasowały... Zbłądziły mi się końce i początki, biele i czernie, przestworza i grudki ziemi... Ani co dobre, ani co złe - nie wiedziałem, Nieobecna. Ot, klasyczna nienawimiłość.

Największym błędem człowieka jest brak świadomości, że już żyje.
Że jego życie się już dawno zaczęło.
I może to paradoks,
ale bardzo mało jest ludzi,
którzy zdają sobie sprawę,
że już zaczęli żyć.

Czasem pogadałby człowiek sam ze sobą.
Ale gdzie tam!
Ja mu pytanie,
a on mi dwa!

Dobrze, że jesteś, bo wczoraj znowu bolało mnie serce, a ciągle nie mam pomysłu na życie.





Mroki to historia o śmierci, Pomroki opowiadają o miłości. Obie książki dzieli 35 lat różnicy.
Mroki zostały napisane w czasach studenckich autora, Pomroki trafiły do wydawnictwa 2 tygodnie przed jego śmiercią …
Jest to dla mnie wielką zagadką, że te oba terminy tak się zbiegły. Jednak czy autor mógł dla swoich fanów zostawić lepszą pamiątkę niż kontynuację losów ukochanego Dueta? Może dla niego samego, powieść ta była formą pogodzenia się z życiem, podsumowaniem. Nie wiem dokładnie co się wydarzyło. Wiem jedno: rok temu odszedł człowiek niezwykły, pozostawiając po sobie piękne słowa. Autor niestety mało znany, jednak przez tych którzy poznali jego twórczość niezwykle doceniany i gloryfikowany.

Dodam tylko, że książka absolutnie nie jest dla wszystkich! Nie da się chyba do niej poczuć nienawimiłości. Polecam ją dla osób wrażliwych, romantycznych(chodzi mi o prawdziwy wymiar romantyzmu, tego a’la Mickiewiczowego, a nie słodkie kwiatki i całuski). To trochę klimat  Schopenhauera  i jego weltschmerz. Poszukiwanie miłości i uciekanie od niej. Jeżeli razi Cię to i jest to dla Ciebie temat obcy – nie czytaj. Borszewicz zostawił nam dzieła, które zrozumie ten, kto chociaż raz w życiu przeniknął dogłębnym smutkiem. Ktoś kto rozumie inność, „dziwność”.

Mroki i Pomroki są arcydziełem w moim sercu.

Zastanów się zanim przeczytasz ale tak warto to zrobić. 


sobota, 27 maja 2017

"I obiecuję Ci miłość" - Marta W. Staniszewska




Kolejny raz udało mi się wziąć udział w Book Tour. Na to konkretnie wydarzenie organizowane przez Literacki Świat Cyrysi zapisałam się gdzieś na początku swojej blogowej kariery. Dalekie miejsce na liście(przedostatnie) sprawiło, że dopiero teraz mogłam przeczytać książkę.
Przyznam szczerze, że bardzo obawiałam się tej powieści. Na co dzień nie jestem zwolenniczką romansów czy erotyków. Wydaje mi się, że nic nowego nie wnoszą do mojego życia. Dawno jednak nie czytałam tego rodzaju powieści, dlatego też potraktowałam ją jako doskonały przerywnik pomiędzy innymi książkami.



Kilka słów o fabule

Wincent stawiał wartość danego słowa ponad własne życie i szczęście, jednak los zmusił go do zweryfikowania priorytetów. Nauczył go ponadto, aby dwa razy przemyślał, komu i jaką obietnicę składa, bo może okazać się, że wszystkich nie będzie w stanie dotrzymać… Zwłaszcza, jeśli w grę wchodzi szczęście jedynej dziewczyny na świecie, na której mu naprawdę zależało.
Czy Bella kiedykolwiek zaufa Wincentowi ponownie, po tym jak porzucił ją bez słowa wyjaśnień? Czy przeznaczenie da im szansę naprawić błędy przeszłości? I co na to mąż Belli...
Delikatna, kobieca, erotyczna powieść o poszukiwaniu miłości i niespełnionych obietnicach.





Kilka słów ode mnie

W ostatnim czasie miałam jakiś niesamowity wstręt i niechęć do powieści z jakimkolwiek wątkiem romantycznym. Bałam się, co się stanie gdy książka trafi w końcu w moje ręce. Na szczęście nie było tak źle :)
Książkę czytało się szybko, łatwo i dosyć przyjemnie. Było to dla mnie miłą odmianą, gdyż na co dzień nie mam do czynienia z tego typu powieściami.
Fabuła nie jest skomplikowana, pomysł dosyć oklepany, ale tego wszystkiego dowiadujemy się już na początku od samej autorki. Czy jednak to sprawia, że książka jest zła? Nie jest, jest przeciętna jednak przyjemna. Najważniejszy jest fakt, że nie męczyłam się przy jej czytaniu 👍
 Autorka miała pewną koncepcję na fabułę i chociaż było to już pewnie milion razy, ja nie czytając takich książek zbyt często miałam miły odbiór.

Mamy  precyzyjnie określonych bohaterów. Szybko dowiadujemy się kto tu jest tym dobrym, a kto złym. Nie ma jakiejś nutki tajemnicy, szybko możemy domyśleć się jak potoczą się losy bohaterów. Nie jest to złe. Akurat książka trafiła na dobry moment odbioru u mnie, być może gdybym czytała ją w innym czasie byłabym nastawiona bardzo negatywnie.

Wielką sympatię wzbudziła we mnie główna bohaterka Iza i jej posługiwanie się poniekąd już archaizmami :)
Duży plus również za język francuski pojawiający się od czasu do czasu dzięki przyjaciółce głównej bohaterki. 

Ciężko byłoby napisać coś więcej unikając spoilerów dlatego wszystkich chętnych odsyłam do lektury. :) Polecam wszystkim, którzy lubią romantyczne historie oraz tym, którzy pragną zrobić sobie przerywnik między cięższymi lekturami ❤  

Ps. Dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tak miłej akcji jaką jest Book Tour :)






sobota, 13 maja 2017

"Belfer"

Piękny maj w tym roku nie jest tak piękny jak zazwyczaj. Co się dzieje? Gdzie jest wiosna? U mnie na Podlasiu na szczęście śniegu nie ma, przyznam jednak, że wiatr mógłby być  mniej mroźny, a słońce częściej wychodzić zza chmur. Choć uwielbiam deszcz, czasami mi zwyczajnie zimno :p
Jestem aktualnie w trwającym jeszcze Tygodniu Bibliotek, mam nadzieję, że odwiedziliście swoje lokalne biblioteki, a  Panie bibliotekarki przygotowały dla Was całą masę atrakcji z okazji naszego bibliotekarskiego święta. Ja tradycyjnie skupiłam się na tej części dziecięcych czytelników, którzy zawsze chętnie biorą udział w przygotowanych imprezkach bibliotecznych.
Co z tego wyszło? A no np. takie oto mini książeczki :)





Ale dosyć tej mojej prywatnej strony(trudno jej jednak nie mieszać na blogu książkowym, pracując w bibliotece).
Dziś dla odmiany będzie o serialu, który miałam okazję obejrzeć mając odrobinę wolnego czasu i brak motywacji do większej działalności niż gapienie się w monitor.
Mowa tu o zeszłorocznym odkryciu czyli „Belfrze”.





Opis

Lokalną społecznością Dobrowic wstrząsa śmierć młodej dziewczyny. Tymczasem w mieście zjawia się nieznajomy mężczyzna, Paweł Zawadzki. To nauczyciel z renomowanej warszawskiej szkoły, który podejmuje pracę na prowincji. Paweł rozpoczyna własne śledztwo. Kiedy chodzi o zbrodnię, nie ma miejsca na półprawdy. Nikt jednak nie chce rozmawiać z przybyszem, mimo że wszyscy mieszkańcy miasta się znają i wiedzą o sobie wszystko. Paweł zostaje sam.*





Moje kilka słów

Do serialu przybierałam się już od grudnia. Miałam wszystko przygotowane, wystarczyło kliknąć play. Co więcej, dobiegające mnie z każdej strony pozytywne recenzje sprawiły, że mój apetyt na serial rósł.
Jestem wielką fanką Macieja Stuhra i oglądałam z nim prawie wszystko, co było dostępne dla moich młodych oczu(swego czasu). Zakochana w nim jestem od dzieciaka, w jego krakowskim akcencie i grze aktorskiej. Nie mogłam pominąć serialu, w którym gra polonistę!
Dlaczego tak późno? Oczywiście z powodu braku czasu.
Powiem Wam jednak, że gdy w czasie weekendu majowego dostałam od losu tę chwilę wytchnienia pochłonęłam serial w 2 dni!

Serial składa się z 10 odcinków. Są one skonstruowane w ten sposób, że kończąc oglądanie jednego, od razu chcesz wiedzieć co będzie w kolejnym. Dlatego właśnie lubię oglądać seriale, gdy wszystkie odcinki są już dostępne. To ja wówczas decyduje czy obejrzę jeden, dwa czy pięć J

Zaczynając od początku, Belfer jest polskim serialem autorskim. To zdarza się tak rzadko, że wręcz nie może ujść uwadze serialomaniaków. Druga sprawa: za scenariusz odpowiadają Jakub Żulczyk i Monika Powalisz. O ile drugie imię i nazwisko może nie wszystkim coś mówić( już tłumaczę, że Pani jest dramatopisarką i ma na koncie kilka prac), o tyle Pana Żulczyka chyba nikomu nie muszę przedstawiać. No i widać tu jego mocną rękę w tej historii, ten współczesny świat widziany jego okiem.

Co do samej historii, może pomysł z zamordowaną nastolatką nie jest oryginalny, jednak to wszystko co się dzieje wokół sprawy, wątki które porusza serial i ostateczne rozwiązanie są naprawdę dobre!
Serial w dużej mierze skupia się na uczniach liceum(wszakże to ich koleżanka została zamordowana). Porusza ważne współczesne problemy nastolatków. Dobitnie prezentuje jakie skutki może mieć pomówienie, plotki, znęcanie się czy inne tego typu zdarzenia.

Obsada! Uczta jakaś dla mnie, bo oprócz wspomnianego już Macieja Stuhra mamy też Piotra Głowackiego czy Sebastiana Fabijańskiego.
Znakomitą kreację stworzył Grzegorz Damięcki jako jeden z czarnych charakterów tej historii. Przyznam, że każdy wybrany aktor, idealnie pasuje do odtwarzanej przez niego roli.
Trzeba tu wspomnieć o młodym pokoleniu, które w filmie odgrywa jedną z najważniejszych ról. Bo to wokół nich kręci się historia. Nie zawiedli. Kilka bardziej znanych nazwisk, inni mniej znani ale równie zdolni i pasujący do ról.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o czołówce i muzyce. O ile czasami chce się ją przewinąć to tutaj miała niesamowity urok. Dosyć mroczna, tajemnicza, oddająca klimat tego co nas czeka.




To  tyle z mojego przekazu, chyba nie muszę pisać, że serial wywarł na mnie ogromne wrażenie i nie mogę się doczekać kolejnego sezonu, który już powstaje :)

Oglądaliście? Macie w planach? Czy to zupełnie nie wasze klimaty? 


piątek, 5 maja 2017

"Zdumiewający powrót Nory Wells" - Virginia Macgregor



Witajcie! Ostatnio mam troszkę czasu, więc wzięłam się za czytanie i za oglądanie niektórych zaległości filmowo/serialowych. Jakoś tak w to wsiąkłam i zatopiłam się na tyle, że nie mam czasu napisać jakiejś porządnej recenzji.
Dziś będzie o książce, którą na pewno większość z Was po części oceni po okładce
J Dlaczego? Bo okładka należy do tych piękniejszych i bardziej wyjątkowych.
Książką zainteresowała mnie Ellie Moore jakiś czas temu. Czytając jej recenzję, będąc po części oczarowana tą wyjątkową okładką postanowiłam, że muszę tę książkę poznać!
Udało mi się ją zakupić do biblioteki, tym samym sposobem stałam się jej pierwszą czytelniczką.
O czym jest jest Zdumiewający powrót Nory Wells?

Opis

Pewnego ranka Nora wyszła ze swojego domu przy Willoughby Street i zniknęła. Sześć lat później wraca do rodziny, którą porzuciła, i dowiaduje się, że jej miejsce zajęła jej najlepsza przyjaciółka. Fay pomogła rodzinie Nory przetrwać po jej odejściu, dzieli łoże z jej mężem, a najmłodsza córka Nory nazywa Fay mamusią. Gdzie przez te lata podziewała się Nora? Dlaczego odeszła od męża, a teraz postanowiła wrócić? Sytuację komplikuje jeszcze pojawienie się wraz z nią nowych postaci dramatu.
To przejmująca, pełna różnorodnych emocji przenikliwa powieść o tym, czym jest rodzinna więź i co jesteśmy gotowi poświęcić dla tych, których kochamy. I o tym, że miłość niejedno ma imię.




Moje reflekcje

Na początku muszę wspomnieć Wam o jednym istotnym fakcie(zdradzając odrobinę fabuły). Nie będzie to jakiś wielki spoiler, gdyż już na pierwszej stronie powieści mamy list Nory, który wyjaśnia pewną sytuację.
Cóż takiego? Otóż powiem Wam, że albo ja nie umiem czytać ze zrozumieniem albo wydawca swoim opisem wprowadził mnie w błąd. Nie wiem sama na jakiej podstawie wywnioskowałam, że owe zniknięcie głównej bohaterki spowodowane było jakimś porwaniem czy równie drastycznym zdarzeniem. Jakże wielce się myliłam! Już na wstępie okazuje się, że Nora z własnej, nie przymuszonej woli opuściła swoją rodzinę i odeszła. Tu pojawił się mój pierwszy zgrzyt z książką. No ale dobrze, nie powinnam chyba się nastawiać zawczasu. Po pierwszym szoku fabularnym jaki przeżyłam zaczęłam zagłębiać się w treść.
Historię poznajemy od momentu, w którym Nora postanawia wrócić do domu. Dokładnie 6 lat po swoim odejściu. I tutaj zaczynają się dziać rzeczy natury czysto etycznej: jak mogła odejść, jak mogła wrócić tak po prostu?
Życie jej rodziny po wielu latach zaczęło wracać do normy, przyjaciółka Nory zastąpiła ją w roli matki i ukochanej. Na początku myślałam, że będę współczuć bohaterce, nie stało się tak jednak. Motywy odejścia, były tak dziecinne i egoistyczne, że nawet moje młode i jeszcze niematczyne „ja” nie było w stanie tego ogarnąć. Nora wciąż próbuje wytłumaczyć co się wydarzyło, jednak  jej wytłumaczenia zupełnie do mnie nie przemówiły. Główna bohaterka niewątpliwie wzbudza spore emocje w czytelniku(wydaje mi się, że jeżeli książkę czyta kobieta będąca matką tym bardziej nie polubi Nory).
Przyznam jednak, że fabuła utrzymana była w odpowiednim stopniu napięcia, co zachęcało mnie do szybkiego czytania i przekonania się jak rodzina wybrnie z tej trudnej sytuacji.

Książka podzielona jest na króciutkie rozdziały, w których to możemy poznawać historię z perspektywy poszczególnych bohaterów: Nory, jej męża, przyjaciółki oraz dwóch córek. Osobiście uwielbiam takie zabiegi. Tu autorka nie zrezygnowała z narracji trzecioosobowej. Będzie to niewątpliwym plusem dla osób, które nie przepadają za narracją pierwszoosobową( akurat ja ją kocham ;). Spojrzenie na sprawę z perspektywy każdego członka rodziny jest bardzo dobrym zabiegiem, czytelnik wnika w rodzinę, ma szansę poznać uczucia bohaterów, współczuć im i lepiej zrozumieć niektóre zachowania.

Miło spędziłam czas z lekturą, zadałam sobie kilka ważnych pytań. Zdecydowanie książka skłania do refleksji i zmusza do zatrzymania się na chwilę i zastanowieniu się nad pewnymi kwestiami .


Ps. Przepraszam za tak okropne zdjęcia ale nie mam absolutnie inspiracji do tej sztuki 😩

wtorek, 25 kwietnia 2017

Olive Green - Kurs językowy z filmem interaktywnym SuperMemo




Czy tylko dla mnie czas leci tak potwornie szybko? Wydaje mi się, że niedawno obchodziliśmy Nowy Rok, a tu za chwilę, owszem będziemy świętować pierwszy dzień miesiąca ale maja!
Uwierzyć nie mogę. Z związku z tym, jakiś czas temu naszło mnie na wspomnienie moich noworocznych postanowień. Mam od wielu lat na tej liście taki wyrzut sumienia, który nosi nazwę: poprawię swój angielski. Podobne cele sobie wyznaczyliście na ten rok? Różnie to z tymi językami obcymi jest. Dopóki człowiek chodzi do szkoły, prawie codziennie ma do czynienia z językiem, później są studia, tam raczej utrwalamy już tylko to, czego nauczyliśmy się wcześniej, a gdy przychodzi okres pracy, kończy się styczność zaczynają się problemy w przypomnieniu sobie najprostszych słów.
Jestem osobą strasznie zabieganą, ogólnie o słomianym zapale, obecnie straszliwie zajętą i zapracowaną. Jak w takim biegu znaleźć chwilę dla siebie i dla swojego umysłu? Jest ciężko…
Co jednak mnie skłoniło do walki? Ostatnio staram się o zmianę pracy i we wszystkich prawie ofertach wymagany jest język obcy – angielski na wyższym poziomie niż obecnie posiadam.
Myślałam o różnych sposobach: oglądaniu seriali w oryginale (nie da rady nie rozumiem i za szybko), czytanie w oryginale(jest lepiej, jednak trzeba mieć słownik pod ręką), wyznaczanie sobie wybranych słów do codziennej nauki(bez przypominania to wszystko wyparowuje).😓

Z pomocą i ciekawą propozycją wyszła mi firma SuperMemo ze swoim produktem Olive Green




Czym jest projekt Olive Green?

To przełomowe połączenie interaktywnego filmu, gry komputerowej i aplikacji służącej do nauki języka angielskiego. Projekt, rozwijany przez wydawnictwo SuperMemo World, jednego z najbardziej utytułowanych producentów multimedialnych rozwiązań edukacyjnych, w tym kursów online, otwiera nowy rozdział w dziedzinie edutainment, czyli nurtu zakładającego naukę przez zabawę.
Fundamentem produktu jest film fabularny – mroczny kryminał opowiadający historię potwornie spapranej kradzieży. Jednak fabuła filmu wymyka się gatunkowym klasyfikacjom – obok scen akcji w starym dobrym stylu mamy tu rodzinne sekrety, wielowymiarowe postaci i historię miłosną.


Po drugie, Olive Green to gra komputerowa. Olive Green jest filmem interaktywnym, co oznacza, że widz jest jednocześnie graczem, który może wpływać na przebieg akcji filmu. Wciela się on w liczne i zróżnicowane postaci – od nastolatka we władzy hormonów po bezwzględnego gangstera – wykonując cały szereg zadań. Może to być coś równie banalnego jak „rozwalanie” przeciwników, ale może to być również podjęcie trudnych moralnie decyzji. Oczywiście, od wyniku gry zależeć będzie bardzo wiele – np. to, czy dana postać nie trafi na tamten świat.

Ale przede wszystkim – z Olive Green można szybko i łatwo nauczyć się angielskiego! Olive Green jest kompleksowym kursem języka angielskiego, opartym na filmie fabularnym. To nauka angielskiego od poziomu podstawowego do zaawansowanego bez jednego ziewnięcia. Jak to możliwe? Najprostszym sposobem, żeby się przekonać, będzie zagranie w grę. Zapewniamy jednak, że po Olive Green nauka angielskiego nigdy już nie będzie tym samym!

Jakie mnie naszły refleksje po zapoznaniu się z Olive Green?

Przyznam, że z wielkim zapałem zabrałam się do podszkolenia swojego języka. Firma SuperMemo swoją ofertą wyróżniła się pozytywnie, kierując do swoich klientów tak ciekawie skonstruowaną formę kursu językowego.
Na początku miałam pewne obawy, co do tego czy poradzę sobie z poziomem. Przez moją bierność językową, sama nie jestem w stanie ocenić na jakim poziomie znajduję się obecnie. Na szczęście startujemy od poziomu A1 i po kilku etapach przenosimy się o poziom wyżej, aż dojdziemy do poziomu C1. I wiecie co? Nie było tak strasznie 🙂



W zestawie otrzymujemy płytę z pełnym filmem interaktywnym, nagraniami Mp3 oraz programem do nauki języka. Dla mnie, jako mola książkowego chyba żadna nauka nie zakończyłaby się pozytywnie, jeżeli nie miałabym dostępu do wersji papierowej. Na szczęście w komplecie dostajemy 3 książki z poziomami: podstawowymi, średnim oraz zaawansowanym. Ciekawym bonusem jest kod dostępu, który umożliwia korzystanie z kursu online na stronie oraz na urządzeniach mobilnych.

Oczywiście każdy może sobie wybrać preferowaną formę nauki. Ja postawiłam na oglądanie scenek z napisami angielskimi(gdyż rozumienie ze słuchu nie idzie mi, aż tak dobrze), oraz ponowne zapoznawanie się ze sceną umieszczoną w książce. Umożliwiło mi to przypomnienie sobie pewnych wyrazów, poznanie nowych, osłuchanie się z ich prawidłową wymową. Niezwykle pomocny jest słowniczek zawierający najtrudniejsze słowa z każdej sceny. Nie trzeba szukać i wertować stron, wszystko mamy, w konkretnym miejscu. Idealnie trafiło to w moje umiejętności. Autor dobrze „wycelował”, które słowa sprawiają największą trudność.

Co do samego filmu, z którym mamy do czynienia. Nie ma co ukrywać – nie jest to jakieś wybitne kino. Jest za to dobrze dostosowany do potrzeb człowieka nie znającego języka angielskiego zbyt dobrze. Dialogi są tak skonstruowane, aby nie sprawiały zbyt dużego problemu w zrozumieniu. Aktorzy  w większości mówią bardzo zrozumiale i przynajmniej na początku w wolniejszym tempie (nawet jeśli mamy do czynienia z francuskim bohaterem, jego akcent nie stanowi problemu). 




Pamiętajmy, że oprócz tego, co uda nam się zapamiętać podczas oglądania i czytania poszczególnych scenek kurs oferuje nam również dostęp do metody powtórek SuperMemo. Metoda ta, ma za zadanie pomóc nam utrwalić materiał, który opanowaliśmy. Bądźmy realistami, to że nauczyliśmy się czegoś nie oznacza, że będziemy to pamiętać do końca życia. Niestety ludzki mózg musi radzić sobie z ogromną ilością informacji, a te których nie utrwalamy, zwyczajnie są zapominane. Pomocne w nauce z kursem Olive Green jest możliwość mobilnego korzystania z kursu, gdzie z pomocą smartfona, w wybranym przez nas miejscu i czasie możemy utrwalać zdobyte wcześniej informacje. 



Czy było coś co w kursie mi się nie spodobało?
Tak. Mianowicie, mamy tu do czynienia z filmem interaktywnym. Przychodzą momenty, kiedy to my mamy podjąć decyzję dotyczącą postępowania głównych bohaterów. Wielka szkoda, że wybór jest ograniczony tylko do dwóch opcji, w tym z góry założone jest, iż musimy wybrać konkretną, inaczej naszego bohatera spotka coś złego. Nie zawsze tak jest, są pytania, w których twórca daje nam „wolną rękę”, jednak są to sceny nie zmieniające fabuły(przynajmniej według moich odczuć).

Kolejnym moim małym „ale” będzie fakt, iż zamiast kryminału, chętniej widziałabym jakąś obyczajówkę, w której to bohater stara się ułożyć sobie życie w wielkim mieście, znajdując pracę, miłość itd. Dlaczego? Jest to zwyczajnie bardziej praktyczne. Kryminał oczywiście jest ciekawszą alternatywą, jednak wydaje mi się, że umiejętność zakupu bułek w języku angielskim przyda nam się bardziej niż słownictwo dotyczące kradzieży :D




Chcielibyście pewnie wiedzieć, jak oceniam swoją wiedzę, po przetestowaniu kursu? 

Po pierwsze, czuję miłe uczucie możliwości uczenia się w przyjemny sposób. Odbiega to od zwykłego wkuwania słówek, uczymy się, aby zrozumieć akcję filmu.
Po drugie, przede mną jeszcze wiele pracy. Nie liczcie na to, że napiszę: Kurs Olive Green odmienił moje życie i teraz doskonale mówię po angielsku . Byłabym śmieszna wystawiając taką opinię. Co nie oznacza, że nie mogłabym napisać tego po kilku miesiącach wytężonej pracy z kursem. Obecnie czuję, że odświeżyłam wiele zapomnianych zwrotów, nauczyłam się kilkunastu stwierdzeń. Z nakładem własnej pracy i czasem, który poświęcę na naukę myślę, że mogę dojść do przyzwoitego poziomu wiedzy
;)
Po trzecie, naprawdę dobrze bawiłam się przy tej nauce. Zaangażowałam w to jeszcze młodszego brata- gimnazjalistę i muszę stwierdzić, że kurs sprawdził się zarówno u osoby uczącej się na bieżąco, jak i nie praktykującej języka
:)

Kurs Olive Green to ciekawe i nowoczesne rozwiązanie dla wszystkich osób, chcących poprawić swój angielski w prosty i przyjemny sposób.

Dziękuję firmie SuperMemo za możliwość skorzystania z ich produktu. 
https://www.supermemo.pl/


Ps. A wy macie jakiś sprawdzony sposób na naukę języka angielskiego? 🙂